niedziela, 12 lutego 2017

Adidas Tubular Shadow W.

Jak tylko zobaczyłam te buty na wystawie w sklepie Van Graaf to oszalałam z miłości do nich i od razu wiedziałam, że muszę je mieć, że będę je miała.

Na pierwszy rzut oka widać tu inspirację kultowymi Yeezy Boost 350. Choć różnica w cenie porównując Adidas Tubular Shadow W do Yeezy jest spora. Za Tubulary zapłacimy od 400 do 450 zł w zalezności od wyboru sklepu w którym dokonamy zakupu, natomiast za oryginalne Yeezy do 900 zł.

Adidas Tubular Shadow W są dostępne w kilku wariantach kolorystycznych, moje są w kolorze klasycznej szarości. Mają delikatną, blado różową, zamszową metkę na języku oraz wyszyte blado różowe logo Adidas na pięcie.



Mają bardzo dobrą amortyzację, dzięki czemu chronią nasze stawy kolanowe i skokowe, Można w nich spędzić cały dzień nie czując ich właściwie na stopach. Są lekkie, pasują i do eleganckich stylizacji i do tych bardziej sportowych.



Lubię kupować buty kiedy mam gorszy dzień. Ubrania nie zawsze leżą tak jakbym tego od nich oczekiwała, od słodyczy się tyje, alkohol uzależnia, a buty są idealne. Zawsze dobrze leżą, nie powodują tycia, chociaż też potrafią uzależnić ;)


              



Buty znajdziecie między innymi tutaj:
  1. Van Graaf 
  2. Zalando
  3. Chmielna20
  4. Adidas
  5. 1But



czwartek, 9 lutego 2017

Dieta na co dzień - czyli jak jem zdrowo.

Moje życie na co dzień to praca. Nie ma co tutaj okłamywać kogokolwiek, że godzę codzienne treningi z pracą zawodową. W przypadku pracy jako kierownik restauracji jest to bardzo trudne i wygospodarowanie trzech dni treningowych bardzo często jest praktycznie nierealne. Jedno szczęście, że w swojej pracy mam wpływ na to co jest podawane i tak na przykład lekka sałatka z krewetkami, bekonem i sosem balsamicznym idealnie wpasowuje się w dni kiedy muszę coś zjeść, a nie chcę żeby było ciężkostrawne, wysokokaloryczne i niezdrowe.


Uwielbiam krewetki, mogłabym je dodawać do zup kremów w postaci podpieczonej, w panierce, na ostro, w każdej postaci. Te, które są serwowane w Restauracji "Atmosfera" w Hotelu Diament Plaza w Gliwicach są przyprawiane na słodko - ostro z nutą cytrynową. Neutralnie, klasycznie, tak aby smakowały nawet osobom, które mają z krewetkami styczność pierwszy raz i nie są do nich przekonane. Moje zamiłowanie do krewetek przełożyło się na skomponowanie menu Walentynkowego, a w nim krewetka występuje już w innej odsłonie.

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agnes 🐰 (@fitbeastpl)


Danie jest tak przepyszne, że nie jest w stanie opisać tego żadne słowo ani zdjęcie.
Co najważniejsze 100 g krewetek ma 92 kcal i aż 22 g i wyłącznie 1 g węglowodanów. Dlatego śmiało można podać je z makaronem np. tym ze zdjęcia, z pszenicy durum barwionym atramentem z kałamarnicy - idealne połączenie smaków.

Moje zamiłowanie do krewetek tłumaczy też pociąg do Tajlandii - marzę aby tam wyjechać na wakacje. Tajlandia jest jednym z głównych eksporterów krewetek na świecie.

Ogólnie przeglądając moje dzienne menu nie trudno zauważyć, że mam słabość do owoców morza ;)

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Agnes 🐰 (@fitbeastpl)




Ostatnio moim nałogiem są śledzie. Wiem, że to dość dziwne kiedy kobieta pała miłością dośledzi ale nic na to nie poradzę. Przyprawione pieprzem kolorowym i ostrymi kiełkami rzodkiewki smakują świetnie i są idealne na śniadaniową kanapkę!

sobota, 4 lutego 2017

Trudne końce i nowe początki.

Minął pierwszy miesiąc roku. Przykro to przyznać ale on nic nie zmienił w moim życiu. Poza tym, że był bardzo intensywny po kątem zawodowym nie dokonałam niczego rewolucyjnego.
Wiem, że luty będzie lepszy i obiecałam sobie, że wrócę do regularnych treningów i sukcesywnego, zdrowego odżywiania. Nie do diety, bo mam małe podejrzenia, że dieta mogła mnie doprowadzić do stanu psychicznego i fizycznego, w którym aktualnie się znajduję.

O ile na początku, przez pierwsze 2 miesiące czy miesiąc trzymanie diety to nie jest wyzwanie, jasne czasami jest ciężko, ale w gruncie rzeczy da się wytrzymać. Miałam efekty, które były dla mnie zadowalające ale wiedziałam, że mogę osiągnąć więcej. Więc na własną rękę zaczęłam te kalorie obcinać, wyeliminowałam kompletnie owoce i te świeże i suszone. Co bardzo szybko dało o sobie znać. Chodziłam zła, głodna, nie miałam siły na treningach. Zrezygnowałam z treningów, bo przecież to dieta jest najważniejsza. Znowu zrobiłam to co kiedyś - wpadłam sama we własną pułapkę. Potem dieta nic nie dawała, a kalorii już nie było z czego obcinać. Więc rzuciłam i dietę. No i potem już było z górki - jedzenie byle czego, zero treningów. Ocknęłam się i się okazało, że przez zaniedbanie diety przez 2 miesiące zalało moje wszystko efekty (no może nie wszystkie ale w dużej mierze), spowodowało to dodatkowy brak motywacji i kolejne podjadanie.



Uznałam, że nie dla mnie diety, bo źle oddziałują na moją psychikę. Muszę wrócić do początku swojej przygody z redukcją wagi i treningami. Przez początek rozumiem zdrowe jedzenie nie wykluczające glutenu i owoców. Zdrowe jedzenie oznacza omlety, zdrowe kanapki z warzywami, zbilansowane posiłki makaronowe, mięsne i ryżowe, koktajle białkowe z owocami - czyli wszystko to co widzicie ostatnio na moim Instagramie. Chcę wyjść na prostą z dietą i zacząć powolne treningi - początkowo od aerobów 3 razy tygodniowo, wybiegania w terenie czy na siłowni po około godzinie czasu. Po miesiącu wrócę do ciężarów, ale nie na dziko od 40 kg w wykrokach tylko początkowo trening na mięśnie głębokie, potem kettle, potem sztanga i hantle.





Jest plan, motywacja jest taka średnia ale wierzę że się to poprawi i wrócę na drogę, która dawała mi radość, witalność i chęci do życia :)

piątek, 11 listopada 2016

Jesienny pudding chia.

Szałwia hiszpańska bardziej znana pod nazwą "nasiona chia" to jeden z produktów spożywczych, które uważane są za "super foods" czyli takich, które są bardzo odżywcze i bardzo zdrowe i optymalnie drogie. Innym tego typu produktem jest siemię lniane. Często czytamy, że chia są źródłem białka, mają sporą ilość błonnika pokarmowego (33g na 100g produktu) i kwasów omega 3 (18 g w 100g produktu). Panie w ciąży zapewne zainteresuje również cenna cecha szałwii hiszpańskiej, a dokładniej wysoka zawartość tiaminy, niacyny oraz kwasu foliowego.

Nie rzadko spotykamy się ze stwierdzeniem, że osoby zainteresowane utratą masy ciała też będą czerpały z nich korzyści. Otóż nasiona chia powodują utworzenie się w przewodzie pokarmowym żelu, który daje uczucie sytości i spowalnia przyswajanie węglowodanów. Same nasiona natomiast zmniejszają rozrost komórek tłuszczowych.

Dziennie możemy spożyć 15 g nasion chia - czyli ok. 3 małych łyżeczek. Właściwie wystarcza 1 łyżeczka na jeden słynny pudding chia, także nie ma się co martwić, że "przedawkujemy" to cudo natury. Możemy je dodać właściwie wszędzie. Do naleśników, omletów, deserów, dań głównych, do koktajli czy też do ciast lub zup.

To, że trudno je przedawkować nie znaczy, że nie da się tego zrobić w ogóle. Jakie pociąga to wtedy za sobą konsekwencje? Jak możemy przeczytać w najnowszym Food Forum - chia są ziarnami polecanymi osobom z chorobami autoimmunizacyjnymi. Ziarna nie są polecane do spożycia przez wzgląd na lektyny. Chia mogą mieć wpływ na gospodarkę hormonalną, a co za tym idzie mogą skrócić się cykle menstruacyjne, może pojawić się szybsze i bardziej wydłużone krwawienie, a w niektórych przypadkach miesiączka może trwać nieprzerwanie - ma to powiązanie z zaburzeniem gospodarki estrogenowej.

A teraz coś co pewnie wielu z Was zainteresuje, większość badań nad nasionami chia było przeprowadzonych na zwierzętach, a dokładniej na szczurach. Nie ma również jednoznacznych dowodów potwierdzonych badaniami na temat ich działania prozdrowotnego na organizm ludzki.

No cóż, właściwości nasion stoją pod znakiem zapytania jeśli chodzi o człowieka, ale są super dodatkiem kulinarnym także jeśli zjemy je "od święta" to nic nam się nie stanie. Jako, że robi się chłodno, a nawet zimno, postanowiłam zrobić coś co będzie rozgrzewające, kokosowe, zdrowe i pyszne. Czyli klasycznie - moje.



Standardowy przepis na pudding chia to:
  • 1 łyżeczka nasion chia
  • 1 łyżeczka miodu
  • 100 ml mleka roślinnego
Mieszamy wszystko ze sobą dokładnie i odstawiamy pudding do stężenia. A potem dzieje się magia czyli te wszystkie insta owoce, insta musy i inne insta dodatki, które sprawiają, że pudding chia wygląda jak spod ręki najlepszego szefa kuchni. Choć pewnie nie jeden kucharz poczułby się urażony, że tak prymitywny deser wzbudza taki zachwyt.

Ja nie lubię prymitywnych przepisów, więc go zmodyfikowałam.
  • 2 łyżki stołowe nasion chia
  • laska wanilii
  • miód lawendowy
  • 250 ml mleczka kokosowego o zawartości 85% miąższu kokosa
  • cynamon
  • jabłko
  • mix orzechów (u mnie nerkowce, laskowe, brazylijskie i włoskie)
  • olej kokosowy
Działajmy! I niech dzieje się magia, a fala zazdrości niech zalewa zazdrośników.

Mleczko kokosowe wlewamy do małego rondelka i gotujemy na małym ogniu. Nie przejmujcie się, że wygląda jak lateksowa farba do ścian - ma tak wyglądać, zawsze tak wygląda. Jak już troszkę się podgrzeje to dosypujemy 1/4 łyżeczki cynamonu (w zależności jak bardzo ktoś lubi cynamon, można go zupełnie pominąć). Przekrawamy laskę wanilii na pół i tępą stroną noża zgarniamy ze środka małe nasiona. Wrzucamy je do gotującego się mleczka kokosowego i mieszamy wszystko. Gotujemy chwilę - nie musi się zagotować, chodzi o to aby przeszły się smaki. Przelewamy mleczko kokosowe do innego naczynia, w którym łatwo będzie nam je wymieszać z nasionami chia. Jeśli mamy dużo czasu, możemy poczekać aż mleko wystygnie, jeśli nie to wsypujemy do niego od razu 2 łyżki nasion chia i dodajemy 1 łyżeczkę miodu lawendowego - wszystko mieszamy i odstawiamy do przestygnięcia i stężenia.

W międzyczasie połówkę jabłka kroimy w kostkę i prószymy cynamonem. Rozgrzewamy patelnię z odrobiną oleju kokosowego i prażymy na niej jabłka aby nabrały ładnego, rumianego odcienia. Przekładamy jabłka do innego naczynia np. miseczki do przestudzenia. Myjemy patelnię lub bierzemy inną. Wrzucamy na nią mix orzechów i polewamy wszystko miodem lawendowym - ok. 4 łyżeczek i karmelizujemy je lekko na patelni i również przekładamy do innego naczynia do wystygnięcia.

Kiedy nasz pudding ma już konsystencję budyniu przystępujemy do wyczarowania pięknego puddingu chia z tych wszystkich zdjęć, które podziwiamy w internecie.

Do wybranego naczynia, w którym pudding będziemy serwować wkładamy na spód część jabłek i trochę karmelizowanych orzeszków. Na górę wykładamy nasz pudding chia. Stukamy lekko naczyniem aby wyrównać poziom puddingu i pozbyć się "luk z powietrza". Na górę wykładamy uprażone kostki jabłka i pozostałe orzechy. Koniec.

Do dekoracji możemy użyć laski wanilii, laski cynamonu czy gwiazdek anyżowych. Wedle uznania. Zamiast cynamonu możemy dodać np. przyprawy do piernika i przygotować taki jesienny pudding w korzennych smakach np. z domowym pierniczkiem własnej roboty.



Ja podałam z puddingiem jesienną herbatę, na którą składa się:

  • torebka ulubionej, czarnej herbaty
  • 2 plastry pomarańczy przekrojone na pół
  • 5-6 goździków
  • dwa plasterki imbiru
  • łyżeczka miodu lawendowego
Do filiżanki wrzuciłam goździki, imbir i torebkę herbaty. Zalałam wszystko wrzątkiem i przykryłam talerzykiem na 5 minut do zaparzenia. Następnie wrzuciłam do środka pomarańczę oraz wmieszałam łyżeczkę miodu. Do zdjęcia wrzuciłam tam również 2 laski całego cynamonu. PYSZOTKA.




Pamiętajcie - ogranicza Was jedynie Wasza wyobraźnia!

poniedziałek, 7 listopada 2016

Brownie w wersji healthy.

Może i potrafię wziąć 110 kg w martwym ciągu czy zrobić przysiad z podobnym ciężarem i co poniedziałek trenuję klatę ale jestem kobietą i kocham słodkości. Przez dłuższy czas (bagatela 22 lata) właśnie ta miłość do słodkości doprowadziła mnie do wagi prawie 125 kg. Serio. Potrzebowałam sporo czasu aby zrozumieć, że czekolada wcale nie jest przyjacielem kobiety, pączki z różą też nie i lody też niekoniecznie. Podążając tym super odkryciem, odkryłam w sobie dodatkowo pasję do pieczenia słodkości ale na zdrowo.

Między innymi w ten oto sposób powstaje fasolowe brownie z orzechową nutą. Coś co pokocha każda kobieta i każdy mężczyzna. Świetnie sprawdza się do kawy, w trakcie PMS czy jako jeden z posiłków w ciągu dnia aby "makro się zgadzało" i "cukier był w normie".

Żeby je przygotować potrzebowałam:

  • puszka czerwonej, konserwowej fasoli - odsączyłam ją przez sitko, przepłukałam zimną wodą i odsączyłam na papierowym ręczniku kuchennym
  • 1 mały banan - można dodać ewentualnię stevię albo ksylitol czy syrop z agawy, co kto lubi i na ile sobie może pozwolić, ja jestem fanką bananów, zawsze i wszędzie
  • 2 stołowe łyżki naturalnego, odtłuszczonego kakao - u mnie Wedel
  • 50 g ksylitolu - tak o,
  • 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 jajka
  • zblendowane orzechy lub mocno pokruszone,
  • płatki kokosa - sorry ale nie wyobrażam sobie bez nich swojego menu
Wrzucam do blendera kielichowego wszystkie składniki oprócz orzechów oraz płatków kokosa i je miksuję na gładką masę. Przelewam ją do aluminiowej keksówki wyłożonej dodatkowo papierem do pieczenia. Piekarnik rozgrzewam do 190 stopni. Na górze masy rozsypuję orzechy lekko je dociskając w masę aby się ładnie wtopiły w trakcie pieczenia, to samo robię z płatkami kokosa. Wstawiam foremkę do piekarnika na 40 minut. 

Ciasto pachnie obłędnie!



Po upieczeniu zostawiam je jeszcze na jakieś 5-10 minut w piekarniku, po czym je wyjmuję i zostawiam do wystudzenia nie wyjmując z foremki. Nie przejmujcie się kiedy ciasto jest lekko wilgotne to normalnie kiedy dodacie do niego banana, który sprawia właśnie, że ciasto jest jak brownie. Przypieczone z zewnątrz i roztapiające się w ustach w środku.

Polecam je również w wersji ze śliwkami na górze lub z karmelizowaną pomarańczą - taka wersja "autumn" niemalże Tumblrowa.

Ciasto jest też świetną alternatywą śniadaniową. Do gorącej herbaty z imbirem i pomarańczą albo naparu imbirowego, który świetnie się sprawdzi w okresie jesiennym gdzie nasz organizm jest mocniej narażony na wirusy, przeziębienia i inne nieprzyjemne dla nas rzeczy.

Wiem jak to boli kiedy człowiek myśli, że jest niezniszczalny i leci trening za treningiem, bieganie w deszczu, wstawanie o świcie, bilans kaloryczny mocno ścięty i potem się zaczyna. Ból gardła ale co tam ból gardła, ból głowy - ale co tam ból głowy, a potem pozostaje już tylko zamknięcie się w domu i schowanie pod kołdrę ze wstydu o brak szacunku dla własnego zdrowia. Dlatego powracając do formy mam nieco więcej czasu na zabawę w kuchni. A kto mnie zna ten wie - że jak na kobietę przystało - świetnie czuję się w kuchni i w ogóle mi nie przeszkadza, że siedzę w niej czasami całymi dniami :)

niedziela, 6 listopada 2016

Insta omlet - czyli jak być fit & trendy.

Bardzo lubię jeść śniadania. Głównie dlatego, że przy śniadaniu można sobie pozwolić na więcej. Jest to pierwszy posiłek, który ma nas rozkręcić i dać energię do dalszej części dnia. U mnie utrzymany jest zawsze w tonacji białkowo tłuszczowej. Dlatego dziś wjechał mistrzowski omlet. A może to już bardziej naleśnik?

Do jego przygotowania potrzebowałam:

  • 3 całe jajka (aczkolwiek jest to kwestia względna jak dacie jedno albo dwa i odpowiednio zmniejszycie kolejne proporcje to też się uda - trust me)
  • 30g ulubionej odżywki białkowej o smaku czekoladowym - u mnie Real Whey od RealPharm o smaku czekolady i orzecha laskowego
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia - aby ładnie urósł
  • suszone płatki kokosa - jeśli nie macie to możecie dodać wiórki kokosowe czy inne bakalie
  • 1 mały banan
  • 1 łyżka stołowa odtłuszczonego, naturalnego kakao - u mnie Wedel
That's all. Możecie opcjonalnie dodać również ksylitol lub stevię jeśli lubicie mega słodko na śniadanie, ale dla mnie wystarczającą słodycz daje banan.

Przystąpmy do przygotowania masy. Mieszam w blenderze wszystkie składniki - jajka, proszek do pieczenia, kakao, odżywkę białkową i troszkę płatków kokosa. Na patelni rozgrzewam ok. 10-15 ml oleju kokosowego i wylewam masę na patelnię. Czekam aż się przyrumieni z jednej strony (ok. 2 minuty) i przewracam sprawnie lub mniej sprawnie na drugą stronę na kolejne 2 minuty. Następnie kroję na 4 trójkąty i przekładam plasterkami banana. Banan pod wpływem ciepła oddaje część swojej słodyczy w poszczególne kawałki omleta dzięki czemu nasze trójkąciki są słodsze.

Posypuję artystycznie płatkami kokosa i oprószam delikatnie kakao. Robię zdjęcie i zaczynam jeść.



Już od dłuższego czasu stawiam na zdrowe jedzenie ale nie obsesyjnie. Przestałam wyliczać każdą kalorię i uwolniłam swoją głowę od obsesji na punkcie jedzenia. Najczęściej jednak moim śniadaniem są 3 jajka rozbite i przygotowane w formie jajecznicy na oleju kokosowym oraz 1 pomidor. Dlaczego? Bo uwielbiam jajecznicę, bo uwielbiam pomidory, bo tak mi kiedyś rozpisał dietę Akop Szostak, bo szybko się takie śniadanie przygotowuje? Sama nie wiem. Po prostu jajecznica jest super. Ale jeśli mam dzień wolny i nigdzie się nie spieszę to chętnie robię taką odskocznię np. w postaci omletów czy sporadycznie owsianek. 

Jeśli ktoś śledzi mnie od czasów HealthyVibes to wie, że lubię robić słodkości, lubię robić dania które są piękne, fotogeniczne i smaczne jednocześnie. To się chyba nigdy u mnie nie zmieni. Tak samo jak już nigdy nie zmieni mi się przygotowywanie dań, które poza aspektami wizualnymi mają również szeroki wachlarz aspektów fit & healthy. To już po prostu styl życia i nawet nie zastanawiam się zbytnio nad tym co wkładam na talerz - to dzieje się intuicyjnie. 

sobota, 22 października 2016

Autumn breakfast | Dlaczego ludzie fotografują jedzenie?

Ludzie dzielą się między innymi na tych, którzy modlą się przed jedzeniem i na tych, którzy robią zdjęcia posiłku zanim go skonsumują. Ja należę do tej drugiej grupy. Nie pytajcie mnie dlaczego - nie ma na to logicznego wytłumaczenia. Może to jest trochę tak, że jak się człowiekowi w życiu nie układa to przynajmniej ułoży sobie ładnie jedzenie na talerzu i jest tak dumny, że choć ta jedna rzecz się ułożyła i postanawia ją sfotografować? Nie wiem, może. Dla pewności zawsze wchodząc do restauracji proszę o sztućce żeby ludzie nie myśleli, że będę robiła tylko zdjęcia. Jem również. Jeśli coś smakowicie wygląda.



Dziś moją ofiarą stała się owsianka. Jestem mega fanką owsianki, jaglanki i w ogóle wszystkiego takiego "fit & healthy". Kocham jeść śniadania, są najważniejszym punktem mojego kulinarnego dnia. Wstaję odpowiednio wcześniej aby zdążyć je sobie przygotować i spokojnie zjeść. No i oczywiście mieć czas na przygotowanie scenerii oraz wykonanie zdjęcia hehe.

Jako, że mamy jesień, postawiłam na gruszki, cynamon i orzechy. Samą owsiankę przygotowałam na mleku kokosowym, a dokładniej na dwóch dużych czy fachowo zwanych "stołowych" - łyżek mleka kokosowego 85% miąższu z kokosa i 1/2 szklanki wody lub jak kto woli 125 ml wody. 

Lubię jak coś mi chrupie między zębami - mam wtedy poczucie, że jem więcej. Sam proces jedzenia zajmuje mi więcej czasu, a żołądek ma czas dać cynk do mózgu, że już jestem najedzona. Ot takie konsumpcyjne cwaniactwo naszego organizmu. 
Dodatkowo mój "fit trik" to wypicie 300 ml wody niegazowanej ze świeżo wyciśniętymi dwiema stołowymi łyżkami soku z cytryny. Tak, wypijam to duszkiem. Po 10-15 minutach przystępuję do spożycia śniadania, Woda dodatkowo "fikcyjnie" wypełnia nam żołądek, oczyszcza i przygotowuje organizm do przyjęcia czegoś bardziej treściwego.


Na zdjęciu możecie też podziwiać mój tatuaż, w którym jestem absolutnie zakochana. Cieniowanie pyszczka tego jelenia jest fenomenalne, detale w postaci ultra cienkich, przerywanych kreseczek na porożu i te malutkie kreseczki na listkach. Mistrzowska robota.

Dla zainteresowanych tatuaże, które posiadam zostały wykonane w studio 9TH CIRCLE w Krakowie, przez przezdolną Klaudię Hołda